Odważysz się zagrać w grę? – recenzja “Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”

Zastanawialiście się kiedyś, co by się stało, gdyby w takcie jednego wieczora mówić tylko prawdę i nikogo nie udawać? Bohaterowie reżysera Paolo Genovese podjęli to wyzwanie i dzięki niewinnej grze, odkryli swoje głęboko skrywane tajemnice.

(www.cojestgrane24.wyborcza.pl)

Dokładnie wczoraj do polskich kin weszła włoska produkcja pt. Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (w oryginale: “Perfetti sconosciuti”). Natknęłam się na ten tytuł zupełnie przypadkiem, gdy przeglądałam repertuar w jednym z warszawskich kin studyjnych. Uznałam, że zapowiada się naprawdę ciekawie. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy przy zakupie biletu, na ekranie przy kasie, zobaczyłam, że 3/4 miejsc jest już zajętych. W kinie studyjnym, na premierze, fakt, ale włoskiej produkcji. Wiadomo, jak to w naszym kraju bywa. Na dokładkę, po ujrzeniu wszystkich widzów usadowionych w swoich fotelach, poczułam, że nieświadomie podjęłam bardzo dobrą decyzję. Takie przekonanie trzymało się mnie aż do końca seansu.

Akcja filmu rozwija się stopniowo. Najpierw widz oddzielnie poznaje gospodarzy kolacji – Rocco, Evę i ich 17letnią córkę, Sofię; Carlottę i Lelego, a także Biancę i Cosimo – młode małżeństwo.
Już w pierwszych scenach widz dostrzega, że Carlotta często sięga po alkohol, a jej mąż potajemnie wysyła SMS-y do innej. Rocco i Eva przeżywają kryzys małżeński, a do tego nie radzą sobie z dorastającą córką. W tym samym czasie Bianca podejmuje ważną decyzję i oznajmia mężowi, że jest gotowa na dziecko. W końcu w mieszkaniu zjawia się również Peppe.

 

(www.filmweb.pl)

Pierwszym, ważnym momentem w fabule jest scena, w której terapeutka Eva – zupełnie niewinnie – proponuje, aby wszyscy tego wieczora udostępniali swoje maile, SMS-y i rozmowy telefoniczne. Przyjaciele, choć niechętnie, przystają na propozycję gospodyni. I wtedy dopiero wszystko się zaczyna…

Kolejne minuty filmu to klocki budujące górę lodową, której szczytem będzie rychłe zakończenie kolacji. Po obejrzeniu tego filmu trudno nie pokusić się o przeprowadzenie swoistego rankingu przewinień. Rankingu, w którym każdy chciałby znajdować się na ostatnim miejscu. Tutaj wszyscy posiadają jakieś – większe lub mniejsze – przewinienia. Ja jednak powstrzymam się i zajmę się walorami artystycznymi tego obrazu.

Kamera zdaje się niemalże skakać pomiędzy bohaterami, nadając tym samym tempa całej opowieści. Włoska wybuchowość miesza się tu z południowym temperamentem. Atmosfera pomiędzy bohaterami – momentami rozluźniona – po każdej kolejne upublicznionej wiadomości, zmienia się w wyraźnie napiętą. Szybkie dialogi dopełniają całości. Całości, czyli czego?

Dobrze się kłamie… to współczesne przedstawienie relacji międzyludzkich. Nieraz bardzo poplątanych i wielopłaszczyznowych. Ten obraz to także przenikliwe spojrzenie na rolę związków. Reżyser przez kolejne, wychodzące na jaw fakty, zmusza swoich bohaterów do skrupulatnych zwierzeń, bez względu na ich finał.

W filmie bardzo ważną rolę odgrywają najnowsze zdobycze technologii. Na ich krzywdzące działanie zwraca uwagę Peppę. To właśnie on pada ofiarą niesprawiedliwego osądu swoich przyjaciół. I to właśnie z jego ust pada wytłumaczenie, dlaczego niektóre sprawy powinny pozostać właśnie tam, czyli w telefonach – czarnych skrzynkach każdego człowieka.

(www.nowehoryzonty.pl)

Ciężko mi jednoznacznie ocenić, czy film Genovese to próba usprawiedliwienia działań bohaterów, czy też ich jawna krytyka.
Jedno jest jednak pewne – film ten nie tyle trzyma widza w napięciu, co dostarcza mu nieoczekiwanych wybuchów szczerego śmiechu, które bardzo szybko przeradzają się w nie mniej udawaną zadumę. Można więc powiedzieć: komedia i dramat w jednym. Niejednorodność gatunkowa tego filmu to spore wyzwanie dla niedoświadczonego jeszcze widza, ale także niebywała uczta dla wytrawnego kinomana.

Zasmuca mnie jednak fakt, że do Polski ten film dociera dopiero po roku od włoskiej premiery. Wyprzedziły nas takie kraje, jak choćby Estonia czy Hongkong. Być może jest to spowodowane właśnie tym specyficznym humorem, który pomimo swojej ikry, nie do końca się odnajduje w naszych słowiańskich granicach. Zgaduję. Być może powód jest dużo bardziej trywialny, jak choćby opłaty, jakie muszą ponieść nasi polscy dystrybutorzy.

Na koniec warto jeszcze dodać, że odtwórczynią roli Evy jest nasza piękna Kasia Smutniak, która oczarowała widzów także i tutaj.

Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów z fabuły, ani tym bardziej samego zakończenia filmu, gorąco zachęcam do obejrzenia go, póki jeszcze ciepły – jak pyszne, włoskie focaccia!

 

Write a Reply or Comment

Your email address will not be published.