Miasto gwiazd – recenzja „La La Land”

Najczęściej po obejrzeniu filmu rozkładam jego elementy na czynniki pierwsze. Oznacza to ustalenie hierarchii pomiędzy tym, co znajduje się na szczycie filmowych oczekiwań, a tym, co nie do końca zostało dobrze zrealizowane. Analiza obejmuje oczywiste składowe dzieła, takie jak: zdjęcia, reżyseria, scenariusz, aktorstwo, muzyka oraz przemyślenia dotyczące tego, co nowego wniosło ono do moich dotychczasowych przeżyć związanych z kinematografią. Czasami jednak zdarza się tak, że chwilowo zapominam o rutynowym sposobie „prześwietlania filmu”, a następuje to wtedy, gdy po prostu – świetnie się bawię. Tego typu emocje towarzyszyły mi właśnie po obejrzeniu musicalu „La La Land”.

Nowa produkcja Damiena Chazelle’a już w pierwszych minutach absorbuje widza początkową sekwencją, do której zaangażowano setki statystów. W jednej chwili znudzeni kierowcy, stojący w korku, rozpoczynają występ przy akompaniamencie muzyki i tańca. To właśnie ścieżka dźwiękowa, za którą odpowiada Justin Hurwitz powoduje, że muzyka staje się integralną częścią obrazu, zajmując jedno z najważniejszych miejsc w hierarchii znaczeniowej filmu.

Poznajemy historię dwójki młodych osób, które wspólnie decydują się wybrać artystyczną ścieżkę rozwoju. On – pianista jazzowy, pragnący otworzyć własny klub muzyczny, ona – początkująca aktorka, marząca o tym, by zostać wreszcie zauważoną. Pierwsze skojarzenie – prosta opowieść o ludziach, którzy próbują dokonać czegoś ważnego. Para głównych bohaterów boi się pozostania „niewidzialnymi”, co w tym kontekście oznacza przeciętność, pozostanie jedynie „częścią tłumu”. Nie bez przyczyny reżyser wybrał właśnie Los Angeles, które zyskało przydomek „Światowej Stolicy Rozrywki”, przodując w produkcji filmów, programów telewizyjnych, sztuk scenicznych, gier wideo oraz muzyki. Mia, tak jak setki innych marzycieli, próbuje się przebić, uczestnicząc w kolejnych castingach. Kiedy wreszcie udaje jej się zdobyć rolę w teatrze, ta nie spełnia jej oczekiwań, a wręcz przeciwnie, staje się powodem frustracji i zniechęcenia. Dobrym pomysłem scenariuszowym jest ukazanie opozycyjnego zestawienia – porażki i sukcesu w bezpośrednim przełożeniu na relacje, które łączą bohaterów. Opracowany schemat, zakładający wspólną walkę o realizację planów, zostaje przekształcony na potrzeby rzeczywistości, w której uczucia stają się drugorzędne. Ładunek sentymentalizmu jest więc odpowiednio wyważony, ponieważ film ma słodko-gorzką oprawę.

Choć Chazelle przedstawia uniwersalną opowieść (scenariusz mógłby korzystać z oryginalniejszych środków wyrazu), to udało mu się przedstawić ją, ukazując nowe perspektywy w świecie filmu. Reżyser przetwarza klasyczny musical na nowoczesną modłę, bazując na plastycznej oprawie filmu (scenografii), dźwiękach, które jeszcze długo po wyjściu z kina chce się odtwarzać oraz autentyczności gry Goslinga i Stone, co było szczególne ważne dla twórcy „Whiplash”. Chazelle rozdziela (również emocjonalnie) film na pół. Pierwsza część jest bardziej optymistyczna. Zawiera kondensację oczekiwań, mówi o początkach romansu, opowiada o aspiracjach. Druga część jest znacznie bardziej nostalgiczna, ponieważ to, co wcześniej było łącznikiem między Mią i Sebastianem (ambicja) sprawia, że zaczynają się od siebie oddalać. Otwarte zakończenie daje pretekst do skoordynowania tego, czy artystyczne poświęcenie warte jest rezygnacji z prywatnego życia. Z niecierpliwością czekam na tegoroczne Oscary, w których „La La Land” ma szansę zdobyć aż 14 statuetek.

Write a Reply or Comment

Your email address will not be published.