Intymne ujęcia – recenzja „Ostatniej rodziny”

Jeżeli chodzi o to, co wiem o sobie, w trakcie gdy żyłem, to nie byłem niczym innym z wyjątkiem maski. Nie potrzebuję dodawać, że artystę też sobie wymyśliłem w pewnym momencie[1].

Zdzisław Beksiński

Rodzina to specyficzna grupa społeczna, odznaczająca się silnymi więzami emocjonalnymi i formalnymi pomiędzy tymi, którzy ją tworzą. Jest to również instytucja, która pełni wiele rozmaitych funkcji, wśród których znajduje się funkcja prokreacyjna, socjalizacyjna, ekonomiczna i rekreacyjna. Nie zawsze jednak wszystkie te założenia rozkładają się proporcjonalne do oczekiwań indywidualnych i społecznych, ponieważ czasami, coś się zwyczajnie nie udaje. To wprowadzenie ma znaczenie w kontekście najnowszego filmu Jana P. Matuszyńskiego, który przedstawia wspólnotę osób skrajnie różnych.

Trójkąt indywidualności składa się ze Zdzisława – żyjącego sztuką, Tomka – dziennikarza muzycznego, tłumacza języka angielskiego, prezentera radiowego oraz Zofii – z wykształcenia romanistki, z powołania opiekunki domowego ogniska. Długo zastanawiałam się na szkieletem modelu rodziny Beksińskich, próbując odgadnąć, w jaki sposób udało im się przez tyle lat wspólnie egzystować. Odpowiedź ma imię damskie – Zofia. To ona była spoiwem łączącym syna z ojcem, to ona starała się utrzymać rodzinę w całości, to ona, ograniczając własne potrzeby do minimum, była wyrozumiałą, troskliwą żoną i córką oraz nadopiekuńczą matką.

Jan P. Matuszyński przedstawia Beksińskich w formule pozbawionej idealizacji, zahaczając o elementy biograficzne. Film rozpoczyna się w momencie, gdy rodzina przeprowadza się do Warszawy z Sanoka. Zostajemy, więc pozbawieni pewnego wycinka z historii „ostatniej rodziny”. Nie dowiadujemy się, jakimi rodzicami (kiedyś) byli Beksińscy, co ukształtowało Tomka w dzieciństwie, dlaczego Zdzisław zdecydował się podjąć artystyczny zawód. Skupiamy, więc swoją uwagę na trzech dorosłych osobach. Ciekawym rozwiązaniem przestrzennym jest ograniczenie się do warszawskiego blokowiska na Służewiu. Ujęcia realizowane są zazwyczaj w zamkniętych pokojach dwóch mieszkań, co  daje wrażenie większej intymności. Film jest emocjonalną sinusoidą, w której nie ma miejsca na fabrykowanie rzeczywistości. Sceny związane z procesem tworzenia obrazów, spotkania z Piotrem Dmochowskim, rozmowy o sztuce, poprzecinane są prozą codzienności, w której nie brakuje ciężkich momentów.

Jednym z makroelementów każdego filmu jest obsada aktorska, a ta w dziele Matuszyńskiego została dobrana doskonale. Interpretacja Aleksandry Koniecznej najbliższa jest prawdziwym reakcjom i zachowaniom, a odpowiednio wyważona i stonowana powoduje, że to właśnie ona jest dla mnie najciekawszą postacią filmu. Z kolei Andrzej Seweryn, choć przekazuje typowe dla Beksińskiego manieryzmy, tworzy jednocześnie postać autonomiczną, pełną ironii i „wewnętrznych zakłóceń”. Wszystkie napięcia, obawy, radości są przez niego tłamszone, co powoduje, że na ekranie obserwujemy człowieka „ograniczonego emocjonalnie”. Na problemy z Tomkiem, trudności finansowe, śmierć matki reaguje nieludzkim wręcz spokojem. Dopiero, kiedy umiera Zosia, możemy zaobserwować jakąś reakcję, ale i tę można umieścić w pudełku z napisem – opanowanie. Początkowo miałam problem z kreacją Dawida Ogrodnika, którą uznałam za mocno przerysowaną. Zastanawiałam się, dlaczego reżyser zdecydował się na to, aby filmowa postać Tomka została wykreowana właśnie w taki sposób. Z pewnością nie były to ograniczenia materiałowe, ponieważ istnieje wiele dokumentów dotyczących rodziny Beksińskich (wywiady, nagrania domowe, audycje Tomka). Przy zestawieniu aktor-rzeczywista postać wyraźnie widać, że ten pierwszy jest znacznie bardziej teatralny, znerwicowany i zbuntowany.

Matuszewski zastosował opozycyjny system zachowań, wartości i podejścia do życia. Przestrzeń, w której pracował ojciec, musiała być poukładana, ponieważ pora dnia odgrywała ważną rolę w jego pracy (potrzebne było naturalne światło). Zdzisław był także dobrze zorganizowany, co pozwalało zapewnić rodzinie dobre warunki do życia. Syn nie wstał przed dwunastą, na obiady przychodził do rodziców, a kiedy mu coś nie wychodziło, robił awantury. Miał problemy z kobietami, łatwo się zakochiwał, a kiedy któraś z jego dziewczyn nie przejmowała jego trybu życia, zostawiał ją (choć częściej, to one opuszczały jego). W biografii Beksińskich, napisanej przez Magdalenę Grzebałkowską przeczytałam kiedyś ważne zdanie, którym można posumować „oszczędne relacje”, które łączyły Zdzisława z Tomkiem: „Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”.

W „Ostatniej rodzinie” obok scen skandalicznych, tragicznych  i szalonych znajdziemy też opowieść o tym, co bliskie każdemu z nas. To nie jest film o znakomitym fotografie (polecam zapoznać się z jego pracami) ani o malarzu, którego obrazy nasycone są symboliką turpistyczną.  To nie jest film o synu, który próbował tak wiele razy odebrać sobie życie, aż wreszcie mu się to udało. To film o tym, że czasami zderzamy się z murem, przez który nie sposób się przebić. Opowieść o poszukiwaniu miłości i nieumiejętności jej wyrażenia. I o samotności, która jest trudna do zaakceptowania. „O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie”.

[1] M. Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016,  s. 54

 

Write a Reply or Comment

Your email address will not be published.